Inżynier opisuje, jak wyczerpana rozmowa z nieznajomym uświadomiła mu, że entuzjazm wobec AI kosztuje nas ludzkie relacje.
Josh Pigford, przedsiębiorca i inżynier, opisał na swoim blogu proces własnego odczarowania hype'u wokół sztucznej inteligencji. Tekst, opublikowany 20 września 2026 roku i podchwycony przez Hacker News, jest osobistą spowiedzią osoby, która przez lata była entuzjastycznym, wczesnym użytkownikiem narzędzi AI, a ostatnio zaczęła zadawać sobie znacznie trudniejsze pytania o to, jaki koszt społeczny płacimy za tę technologię.
Autor zaczyna od gry słów na temat idiomu „drinking the Kool-Aid” (dosłownie „pić Kool-Aid”, w przenośni: bezkrytycznie akceptować dogmat lub ideologię pod wpływem czyjejś namowy) i przyznaje, że w miejscu pracy termin ten był używany wobec niego niemal jako polecenie – jego przełożony, osoba niebędąca inżynierem, wielokrotnie miał mu powiedzieć „musisz pić Kool-Aid” w kontekście AI. Kiedy zdanie to powtarza się wystarczająco często, zaczyna brzmieć jak żądanie, a to z kolei rodzi presję i wątpliwości co do własnych decyzji.
Pigford podkreśla, że jego dystans do samego terminu „pić Kool-Aid” nie wynika z osobistej traumy – choć wspomina anegdotę z dzieciństwa, kiedy program lojalnościowy prawdziwego napoju Kool-Aid, w którym zbierał punkty licząc na nagrodę w postaci samochodu, został nagle zamknięty przez korporację Kraft, a on sam wyrzucił swoją kolekcję do śmieci bez próby wymiany punktów. Prawdziwym powodem niechęci do frazy są jej sekciarskie konotacje – autor cytuje definicję z Wikipedii, według której termin oznacza silną wiarę w dogmat lub ideologię, która może być zwodnicza lub niebezpieczna, przyjętą wyłącznie pod wpływem nachalnej perswazji innych.
Mimo tej niechęci do samego słowa, autor otwarcie przyznaje: „piłem. Ogromnymi haustami, aż wylewało mi się z nosa”. Nie neguje wartości narzędzi AI jako takich – docenia możliwość oddelegowania nielubianych, monotonnych zadań maszynie. W tym roku jego podejście zaczęło się jednak zmieniać: przesunął uwagę z samego kodowania na myślenie na poziomie organizacyjnym. Modele stały się na tyle dobre, że zaczął im ufać w coraz bardziej autonomicznym budowaniu projektów – ale, jak sam zaznacza, robił to głównie na projektach „wyrzutowych”, niezwiązanych z produkcyjnymi systemami generującymi przychód. Poziom zaufania do systemu produkcyjnego pozostaje dla niego zupełnie inny niż tolerancja na to, że eksperymentalny „klanker” (żartobliwe określenie robota/AI) błądzi na jakiejś prowizorycznej stronie stworzonej w weekend.
Kluczowym momentem opisanym w tekście jest rozmowa wideo z nieznajomym, który – jak pisze autor – był „wyczerpany”. Powodem kontaktu były e-maile wysłane przez autora, wygenerowane przez AI (co sam przyznaje: przeczytał je i coś poprawił, ale ostatecznie „nie napisał tej przeklętej rzeczy” samodzielnie). Odpowiedź, jaką otrzymał, najprawdopodobniej również została skomponowana przez agenta AI. Rozmówca zgodził się na telefon z zupełnie prozaicznego powodu – bo zwykle tylko ludzie wysyłają jakiekolwiek follow-upy, więc telefon musiał oznaczać kontakt z żywym człowiekiem.
Podczas tej rozmowy autor usłyszał o tym, jak AI wpływa na życie rozmówcy zarówno pozytywnie, jak i negatywnie – co w sumie daje efekt neutralny netto i prowokuje trudniejsze pytania o to, czym w ogóle jest „sukces” w tym kontekście. Rozmowa, choć nie w pełni skoncentrowana na temacie, była dla autora punktem przełomowym: „opuściłem to połączenie, myśląc, że całe to AI absolutnie nas zabija – i nie w stylu Terminatora 2”. Porównuje to uczucie do momentu, w którym Neo z filmu Matrix bierze czerwoną pigułkę i budzi się po latach.
Od tamtej chwili autor zaczął patrzeć na otaczający świat inaczej – twierdzi, że stał się bardziej przyjazny, szczęśliwszy, bardziej uważny na to, co dzieje się wokół niego. Jednocześnie to, co obserwuje, opisuje jako „przerażające”: powitania pozostające bez odpowiedzi, jedzenie dowożone z odległych punktów, dzieci sąsiadów uczące się jazdy od zawodowych instruktorów, a nie od rodziców, oraz CV napisane w czystym tekście, całkowicie bez charakteru czy osobowości.
Po tych doświadczeniach autor zaczął dla rozrywki i „profitu” publikować prowokacyjne posty na LinkedIn, żartobliwie odnosząc się do zasady „być zmianą, którą chcesz zobaczyć w świecie”. Efekt określa jako „najdziwniejszą część” całej sytuacji: jego posty generują ogromną liczbę wyświetleń, ale praktycznie zero realnych interakcji – nikt nie odpowiada, nikt nawet nie kliknie przycisku zgłoszenia treści, by go zbanować. Ten brak reakcji, zdaniem autora, może potwierdzać teorię „martwego internetu” – hipotezę, według której znaczna część aktywności online generowana jest już nie przez ludzi, lecz przez boty i agentów AI. Powiązane z tym zjawiskiem obawy o degradację jakości treści w sieci szerzej analizuje tekst o „doom loopie” internetu, o którym wiedziały OpenAI i Microsoft.
Równolegle z tym gorzkim żartobliwym eksperymentem autor deklaruje, że zaczął aktywnie odbudowywać relacje z ludźmi – opisuje siebie jako „najgorszego BDR-a w historii”, ponieśże nie ma nic do sprzedania, a jedynie mówi „cześć” i pyta, jak komuś idzie. Nazywa to doświadczenie „wspaniałym” – czymś, co pozwala mu na powrót do prostych, autentycznych ludzkich interakcji, w kontraście do coraz częstszych rozmów z chatbotami.
Esej Pigforda nie jest formalnym badaniem czy raportem, lecz osobistym świadectwem zmiany perspektywy jednej osoby z branży technologicznej – kogoś, kto przez lata był orędownikiem narzędzi AI w swojej firmie, a teraz publicznie dzieli się niepokojem o to, jak automatyzacja komunikacji i decyzji wpływa na jakość ludzkich relacji i samego internetu.

Anthropic wprowadza Claude'a jako panel boczny w Dokumentach Google – redaguje tekst, tworzy tabele i działa równolegle z Gemini.

Apple zmienia zasady uprawnienia Full Disk Access na macOS po doniesieniach, że asystent Muse od Mety odczytywał prywatne wiadomości.
Konferencja EmTech Future 2026 MIT Technology Review pokazała, jak AI zaczyna przenikać kwanty, energię, biologię i robotykę.