Treści AI zalewają sieć, deepfake kosztuje już kilkanaście dolarów, a pokolenie Z nie zna znanych dziennikarzy. Za 2-3 lata fakty przestaną być weryfikowalne.

Źródło zdjęcia: Spider's Web

Eksperyment Project Deal pokazał 186 transakcji za ponad 4000 dolarów między agentami AI. Zaawansowane modele osiągały lepsze wyniki negocjacyjne.

Microsoft kończy ekskluzywne prawa do produktów OpenAI, umożliwiając firmie współpracę z AWS. Nowa umowa obowiązuje do 2032 roku.
Treści generowane przez sztuczną inteligencję, określane mianem "AI slop", zalewają internet i fundamentalnie zmieniają sposób, w jaki młode pokolenie postrzega rzeczywistość. Problem nie dotyczy już tylko jakości informacji, ale samej możliwości rozróżnienia prawdy od fikcji w świecie, gdzie deepfake kosztuje kilkanaście dolarów miesięcznie, a wirtualni influencerzy kształtują poglądy polityczne setek tysięcy ludzi.
Równolegle tradycyjne media tracą zaufanie i wpływ na młodsze pokolenia, które preferuje TikToka i streamingi jako źródła informacji. Ta zmiana oznacza przejście od niedoskonałej weryfikacji do jej całkowitego braku, co w połączeniu z nadchodzącą falą deepfejków może doprowadzić do chaosu informacyjnego.
Najbardziej niepokojącym aspektem tej rewolucji jest demokratyzacja technologii deepfake. Jeszcze rok temu tworzenie przekonujących fałszywych nagrań wymagało znacznych nakładów finansowych i technicznej ekspertyzy. Dziś wystarczy kilkanaście dolarów miesięcznie i umiejętność wypełnienia internetowego formularza.
To oznacza świat, w którym politycy mogą "mówić" rzeczy, których nigdy nie powiedzieli, gdzie wypadki dokumentowane są przez dziesiątki fałszywych "naocznych świadków", a oświadczenie prezesa firmy może ją zrujnować w kilka minut. Narzędzia do tworzenia kompromitujących materiałów lub rozbierania ludzi do naga bez ich wiedzy i zgody są już dostępne za kilka dolarów miesięcznie.
Ten świat to nie 2035 rok. To najpóźniej za dwa, trzy lata.
Symptomatycznym przykładem tej zmiany był moment ze streamu Łatwoganga, gdzie ktoś w czacie zapytał bez ironii: "kim jest Monika Olejnik?" Dziennikarka, która przez dekady prowadziła wywiady z premierami i prezydentami, okazała się kompletnie nieznana dla sporej części ludzi poniżej trzydziestki. Użytkownicy zaczęli żądać usunięcia "starszej pani" ze streamu, nie rozumiejąc, po co się tam pojawiła.
To ujawniło fundamentalną prawdę: mamy dwie Polski informacyjne, które nie mają ze sobą żadnego punktu styku. Autorytet nie buduje się już przez telewizję, gazetę czy portale informacyjne w starym rozumieniu.
Utrata zaufania do tradycyjnych mediów — częściowo z ich własnej winy przez zaangażowanie polityczne i clickbait, częściowo przez algorytmy nagradzające polaryzację — nie prowadzi do lepszych źródeł informacji. Prowadzi do TikToka, streamingu, AI-generowanych streszczeń i wirtualnych influencerek.
Gdy za kilka lat fale deepfejków zaleją internet, nie będzie instytucji zdolnej odbudować informacyjny porządek, bo zaufania do takich instytucji już nie ma. AI Act, który od sierpnia 2026 r. wymaga oznaczania treści generowanych przez AI, prawdopodobnie skończy jak RODO — większość użytkowników będzie klikać "akceptuj wszystko" i iść dalej.
W tym chaosie fikcja okazuje się skuteczniejsza od rzeczywistości, a nikt za to nie odpowiada.